poniedziałek, 29 września 2014

100 lat, Nicol!



Moja kochana! Z okazji Twoich urodzin życzę Ci wiele wiele radości, uśmiechu na twarzy i powodów by go mieć bez ustanku. Byś zawsze pisała nam wspaniałe opowiadania i imaginy i nigdy nie traciła wiary w siebie, bo jesteś wspaniała! Życzę Ci też wielu prawdziwych przyjaciół, na których zawsze będziesz mogła liczyć, abyś znalazła „tego  jedynego” (wszyscy wiemy o kogo chodzi xD). Życzę Ci byś spotkała 1D i znalazła się na ich koncercie w Polsce w pierwszym rzędzie.
Życzę Ci również dużo błogosławieństwa Bożego, a także byś czuła obecność Boga w swoim życiu i miłość, którą Cię otacza każdego dnia! Pamiętaj, że na Nim możesz zawsze polegać, bo On jest naszym najlepszym Przyjacielem.

A teraz prezent!

Imagin o Nicol i Harrym <3


- Zabrałeś wszystko? – spytałam, nerwowo przeszukując torebkę.
- Tak, kochanie. Pytasz się już siódmy raz. – zachichotał Harry i objął mnie od tyłu.
- Ale jesteś pewien? To długa wyprawa…
- W 100%, a nawet jeśli, to przecież jeszcze dzisiaj z niej wrócimy. Nie przejmuj się tak. – pocałował mnie w policzek.
- Ahh… no dobrze. W takim razie jedźmy już, bo się spóźnimy. – westchnęłam.
- Jak sobie życzysz, księżniczko! – powiedział zadziornie.
Czy on zawsze musi być taki wyluzowany? Przecież jedziemy na poważną wycieczkę na safari! To nie żarty! A może ma rację? W końcu to nie koniec świata? Ale z drugiej strony tak! Co jeśli się zgubimy? Przecież to jest jak pustynia i w dodatku na środku dzikiej Afryki… nie podoba mi się to…
- Kocham cię, wiesz? – odpowiedziałam i wtuliłam się w mojego przystojnego, jedynego w swoim rodzaju chłopaka.
- Ja ciebie bardziej. – ścisnął mnie mocno.
- Nie zaczynaj, dobrze? Przecież oboje wiemy, że to ja cię kocham najmocniej. – zaśmiałam się.
- Mów co chcesz, ja tam swoje wiem i zdania nie zmienię. – zawtórował mi.
- Dzieci! Spóźnicie się! – wkroczyła w nasz mały konflikt moja mama.
- Masz rację! – wróciłam do rzeczywistości.
- Tak, wiem. – przytaknął Harry, uśmiechając się z satysfakcją.
- Nie ty, głupku! Mama! – zaśmiałam się i dałam mu kuksańca w bok.
- No, moi kochani! Ja was nie wyganiam, ale czas na was. – powiedziała radośnie i wcisnęła mi kolejny raz dzisiaj pakunek z prowiantem. Popatrzałam na nią z niedowierzaniem, ale nie skomentowałam jej nadmiernej troskliwości.
- Synu, opiekuj się moją małą dziewczynką. – nakazał Harremu mój tata.
- Przyrzekam, że wróci cała i zdrowa. – zasalutował.
- Nie byłbym tego taki pewien… - powiedział pod nosem, ale zaraz potem dodał: - Ważne są chęci. Nicol, masz ten gaz pieprzowy?
- Tato! No wiesz?! – upomniałam go.
- Do zobaczenia wieczorem! – krzyknął Harry i wyciągnął mnie z domu w ramach szybkiej ewakuacji.
Gdy tylko wsiedliśmy do samochodu, chłopak od razu powiedział oburzony:
- On myśli, że ja nie jestem w stanie o ciebie zadbać?! Też coś! Udowodnię mu, że się grubo myli!
- Misiu, wiesz dobrze jaki jest mój tata. Tylko cię podpuszczał. – starałam się go uspokoić.
- Tak, wiem. Po prostu tego nie lubię. On dobrze wie jaka jesteś dla mnie ważna. Poza tym znamy się już od liceum, czyli dokładnie 4,5 roku. Tyle czasu chyba starczy, żeby poznać się na człowieku…
- Ahhh… tyle czasu już minęło… - westchnęłam cicho, przypominając sobie jak w dniu 16 urodzin Harrego pierwszy raz się spotkaliśmy. Miał wtedy takie słodkie loczki, urocze dołeczki na twarzy i te piękne zielone oczy. Trudno było się w nim nie zakochać. I to ja byłam tą szczęściarą, która mu się spodobała.
-  Czy ty mnie w ogóle słuchasz?! – dotarła do mnie wypowiedź podenerwowanego Harrego. Ups… chyba się trochę rozmarzyłam.
- Tak, tak, masz rację. – uśmiechnęłam się niewinnie, mając nadzieję, że się nie domyśli.
- Nicol, pytałem, czy masz dużo wody? – odrzekł lekko zniecierpliwiony.
- Oh tak, jasne. – pokazałam mu dwie duże butelki półtoralitrowe.
- Nie mogę się już doczekać! – powiedział entuzjastycznie, tak jakby już zapomniał, że przed chwilą był zły.
- Ja też! To będzie nasza wspólna niezapomniana przygoda! Trzeba koniecznie zrobić dużo zdjęć. – podzielałam jego zapał.
- Za niedługo dojedziemy na miejsce zbiórki. – poinformował mnie i złapał za rękę, mocno ją ściskając.
W rzeczywistości trwało to trochę dłużej niż „niedługo”, ale mniejsza z tym. Wmieszaliśmy się w tłum turystów oczekujących na przewodnika i lekko zestresowani rozglądaliśmy się na boki, kurczowo trzymając się za ręce. Staliśmy się prawie nierozłączni, po tym jak chłopcy wrócili do domu z kilkumiesięcznej trasy. Tęskniliśmy za sobą tak bardzo i nawet to, że często latałam do miejsc w których koncertowali nie było wystarczające. Teraz mamy wspólne wakacje (z moimi rodzicami) i wreszcie możemy się sobą nacieszyć.
- Moi drodzy państwo! Proszę o uwagę! – odezwał się starszy mężczyzna, który wysiadł właśnie z dużego terenowego samochodu. – Zanim rozpoczniemy naszą wycieczkę, proszę o ustawienie się w jednym rzędzie. Musimy was podzielić na dwie równe grupy. – zarządził.
Początkowo nie umieliśmy dojść do ładu i składu, ale po kilku minutach stanęliśmy tak jak trzeba.
- Teraz proszę odliczyć do 15. – nakazał.
Bacznie obserwowałam jak kolejne osoby mówią swoje numery. Szybko doszło do mnie.
- Piętnaście. – wypowiedziałam i spojrzałam z przerażeniem na Harrego, który zakłopotany zaczął odliczać od początku, tak jak zarządził pan przewodnik. – I co teraz? Ja chcę być z tobą! – odezwałam się głośnym szeptem do mojego ukochanego.
- Zaraz to załatwię, spokojnie. – uśmiechnął się pocieszająco i objął mnie ramieniem.
Gdy już wszyscy wiedzieli do której grupy należą i powoli wsiadali do wyznaczonych pojazdów, podeszłam z Harrym do starszego mężczyzny, który organizował safari.
- Przepraszamy, czy moglibyśmy być razem w grupie? Niefortunnie zostaliśmy rozdzieleni, a bardzo nam zależy. – odezwał się Harry.
- Proszę mi tu nie zawracać głowy takimi rzeczami. Mam ważniejsze sprawy na głowie, niż wasza dwójka. I nie ma ale! Wsiadać do samochodów, bo już jesteśmy spóźnieni. – wygłosił nam kazanie, odwrócił się na pięcie i odszedł.
- Chyba nie mamy wyjścia… - stwierdziłam zasmucona.
- Chyba masz rację. – do Harrego bardzo powoli dochodził fakt, że ktoś ośmielił się mu odmówić.
- Damy radę. – starałam się myśleć pozytywnie.
- Yhym… - przytaknął. – Kocham cię. Trzymaj się mocno. – pocałował mnie w czoło i przytulił na pożegnanie.
- Ja ciebie mocniej. – uśmiechnęłam się i odwzajemniłam gest.
- No, gołąbki, na wozy! – krzyknął ktoś z oddali.
- Dokończymy później. – pomachał mi palcem wskazującym przed twarzą i rozeszliśmy się.
Kilka godzin później
- I jak ci się podoba, ślicznotko? – zgadał kolejny uczestnik wycieczki.
- Proszę tak do mnie nie mówić! – zdenerwowałam się.
Co oni sobie wyobrażają? Chyba już piąty chłopak starał się mnie poderwać. Nie jestem do wzięcia! Mam już mojego księcia – Harrego. Gdyby tylko tu był, to by im pokazał, gdzie jest ich miejsce. Ugh… ta wycieczka jest straszna! Przeraźliwy upał spowodował, że wszystkie zwierzęta pochowały się w swoich kryjówkach i najciekawszą atrakcją jest liczenie ugryzień komarów na rękach. O! Na lewej mam dwanaście! Ale to nie jest najgorsze. Koszmarnie się czuje, nie mając Harrego u boku. On by mnie pocieszył, spowodowałby swoim poczuciem humoru wielki uśmiech na mojej twarzy. I jeszcze ci natrętni adoratorzy! Na moje nieszczęście trafiłam do grupy, gdzie jedynymi istotami płci pięknej jest mała grupka emerytek.
- Oj już się tak nie spinaj, mała. Wiem, że na mnie lecisz. – mówił z głupim uśmieszkiem.
- Też coś! – prychnęłam i odwróciłam się w stronę miłych pań. Ich rozmowy nie należały do najciekawszych, bo niezbyt interesowało mnie to ile mają już sztucznych zębów, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.
Dzień zmierzał powoli ku końcowi i piękne czerwono-pomarańczowe słońce zniżało się coraz bardziej do linii horyzontu.
Nagle samochód zaczął wydawać dziwne dźwięki. Z niegłośnego stukania przeszły w donośne charczenie, a po chwili coś wybuchło pod maska i pojazd gwałtownie stanął. Wszyscy przerażeni opuścili dymiącą się maszynę i z nadzieją wpatrywali się w poczynania zdezorientowanego przewodnika, usiłującego naprawić usterkę. Tylko tego brakowało!
Po godzinie bezczynnego czekania, umorusany smarem mężczyzna ogłosił:
- Niestety nie możemy dalej jechać. Proszę zabrać swoje bagaże podręczne z terenówki.
- Przepraszam, ale ile będziemy tak szli? – zapytała starsza pani, która podpierała się laską.
- Tak z 3h jak dobrze pójdzie. – odpowiedział niepocieszony.
- W takim razie nie traćmy czasu. – westchnęła. – Prowadź, przewodniku!
Cała grupa ruszyła w głąb pustkowia. Nikt się nie odzywał, co było bardzo nieprzyjemne. Postanowiłam pomóc starszej kobiecie z laską i przy okazji zagadać do niej. Okazało się, że mimo dużej różnicy wieku mamy wiele wspólnego. Rozmawiało nam się wspaniale, lecz zmęczenie dawało się we znaki. W dodatku nie miałam już ani kropli wody, bo podzieliłam się nią z Lucy – moja nową znajomą. Jednak zmęczenie i pragnienie nie były dla mnie aż tak ważne, jak świadomość tego, że nie mam jak skontaktować się z Harrym. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie zapomniała, a tym razem trafiło na komórkę. A pytałam się kilka razy czy wszystko wzięliśmy, nich to!
Po pewnym czasie zrobiło się bardzo zimno, a ciemność ogarnęła wszystko wokół nas. A co jeśli się zgubiliśmy? Nawet nie chcę o tym myśleć… Poczułam jak ktoś owija swoje ręce wokół mojego zmarzniętego ciała i szybko zaczęłam się szamotać i krzyczeć.
- Spokojnie, kochana. Muszę cię ogrzać. – powiedział jeden z dobrze mi znanych wycieczkowiczów. Gdy tylko zobaczyłam kto zdobył się na coś takiego, przeszedł mnie dreszcz obrzydzenia. Ble, fuj, ohyda!
- Proszę mnie nie dotykać! – wycedziłam mu prosto w twarz i odbiegłam.
Ciśnienie tak mi skoczyło, że poczułam nagły przypływ ciepła. Dlaczego ci ludzie są tacy bezczelni?! Ja chcę do mojego Harrego!
Oczami Harrego
- Jak to pan nie wie?! Powinni wrócić już 3h temu! – wydzierałem się na przewodnika.
- Nie mamy sygnału, proszę pana. Niech się pan uspokoi i czeka. – starał się mówić z opanowaniem, ale widziałem, że sam obawia się o pierwszą grupę.
- Kiedy ja nie potrafię… - westchnąłem i usiadłem na ławce chowając twarz w dłonie.
Miałem się nie zgadzać na rozdzielenie naszej dwójki! – plułem sobie w brodę. Tak bardzo martwię się o Nicol. Moją ukochaną, najdroższą Nicol. A jeśli coś jej się stało? Chyba bym sobie nie wybaczył… W końcu to ja ją wyciągnąłem na to safari. Jutro moja dziewczyna ma urodziny, to miał być wspaniały dzień, który planowaliśmy spędzić razem, radośnie świętując. Jest 23:00, a po nich ani śladu.
Byłem załamany i odchodziłem już od zmysłów, gdy gdzieś w oddali dojrzałem ludzkie postaci zmierzające w naszą stronę. Natychmiast zerwałem się na równe nogi i pobiegłem co sił w nogach. Z grupy przybyszów również wybiegła osoba o drobnej posturze. Nie mogłem posiąść się ze szczęścia, wiedząc kto zmierza ku mnie.
- Harry! – usłyszałem jej melodyjny głos, który sprawia, że tylko w jej ustach moje imię brzmi tak pięknie.
- Nicol! – była już tak blisko, przez co jeszcze bardziej przyspieszyłem.
Trzy, dwa, jeden… wpadliśmy w swoje ramiona.
- Już nigdy mnie nie puszczaj! – doszły do mnie słowa stłumione przez moją koszulkę.
- Nie mam zamiaru, kochanie. – wyszeptałem w jej zmierzwione blond włosy.
- Wracajmy już, dobrze. – oderwała się ode mnie. W jej oczach mogłem dojrzeć łzy.
- O niczym innym nie marzę. Chodź! – wziąłem zmarzniętą dziewczynę na ręce i zaniosłem do samochodu.
Całą drogę opowiadała mi co się wydarzyło w czasie, gdy nie było mnie z nią. Myślałem, że zaraz wrócę do tych kolesi z jej grupy i zapoznam ich bliżej z moją pięścią, po tym jak dowiedziałem się co robili. Tak, jestem zazdrosny!
W końcu zeszło na temat rodziców Nicol.
- Twój tata do mnie wydzwaniał. – powiedziałem.
- Powiedziałeś mu coś? – zapytała zmartwiona.
- Nie odebrałem ani razu. – patrzałem przed siebie na ciemną drogę. Naprawdę ciężko było się skupić na jeździe po dniu pełnym wrażeń.
- Dobrze. Możemy im nie mówić o tym incydencie? – wyczułem jej spojrzenie.
- Jestem za, szczególnie mając pod uwagą ostatnie słowa twojego tatusia. – uśmiechnąłem się.
- Tak, masz rację. To by było samobójstwo. – zachichotała. – W takim razie przyjmujemy wersję z opóźnieniem.
- Yhym. A tak w ogóle to czemu nie odbierałaś? Dzwoniłem do ciebie ze sto razy. – spytałem.
- Zostawiłam telefon w domu. – odpowiedziała cicho.
- No jasne, ale to mi ciągle przypominałaś o tym, żebym wszystko zabrał. – zaśmiał się.
- Tak, wiem. Głupio wyszło. – zarumieniła się.
- Nie głupio, słodko. – przejechałem dłonią po jej policzku.
- Ej, zajmij się prowadzeniem! – zmieniła szybko temat.
- Tak jest, mój kwiatuszku! – zaśmiałem się od nosem.
Oczami Nicol
Po długim przesłuchaniu rodziców i orzeźwiającej kąpieli wreszcie mogłam wsunąć się pod puszystą kołdrę i odprężyć zmęczone nogi. Chwyciłam za swoją komórkę chcąc sprawdzić kto jeszcze się do mnie dzisiaj dobijał. To co zobaczyłam na ekranie przeszło moje wszelkie oczekiwania. Mianowicie na wyświetlaczu widniało 7 połączeń od moich rodziców i uwaga… 102 od Harrego! Haha, czyli nie przesadzał, mówiąc, że dzwonił do mnie ze sto razy. I jak tu go nie kochać?
Rano
- Wszystkiego najlepszego, gwiazdeczko! – ktoś szeptał tuż przy moim uchu.
- Mmmm… jeszcze momencik… - wymruczałam i obróciłam się na drugi bok.
- Mam dla ciebie niespodziankę. – nie dawał za wygraną.
- Ok., już wstaję. – podniosłam się i przetarłam zaspane oczy.
Ujrzałam Harrego z wielkim bukietem czerwonych róż, który zaczął śpiewać:
She’s been my queen since we were sixteen
We want the same things
We dream the same dreams, alright, alright

I got it all ‘cos she is the one
Her mum calls me ‘love’
Her dad calls me ‘son’, alright, alright

I know, I know, I know for sure

Everybody wanna steal my girl
Everybody wanna take her heart away
Couple billion in the whole wide world
Find another one ‘cause she belongs to me

Everybody wanna steal my girl
Everybody wanna take her heart away
Couple billion in the whole wide world
Find another one ‘cause she belongs to me

Na na na na nana, oh yeah
Na na na na nana, alright
Na na na na nana
Na na

She belongs to me

Kisses that queen, her walk is so mean
And every jaw drops
When she’s in those jeans, alright, alright

I don’t exist if I don’t have her
The sun doesn’t shine
The world doesn’t turn, alright, alright

But I know, I know, I know for sure

Everybody wanna steal my girl
Everybody wanna take her heart away
Couple billion in the whole wide world
Find another one ‘cause she belongs to me

Everybody wanna steal my girl
Everybody wanna take her heart away
Couple billion in the whole wide world
Find another one ‘cause she belongs to me

Na na na na nana, oh yeah
Na na na na nana, alright
Na na na na nana
Na na na na

She knows, she knows
That I never let her down before
She knows, she knows

That I’m never gonna let another take her love from me now

Everybody wanna steal my girl
Everybody wanna take her heart away / take her love away
Couple billion in the whole wide world
Find another one ‘cause she belongs to me

Everybody wanna steal my girl
Everybody wanna take her heart away
Couple billion in the whole wide world
Find another one ‘cause she belongs to me

Na na na na nana, oh yeah
Na na na na nana, alright
Na na na na nana
Na na

She belongs to me

Na na na na nana, oh yeah
Na na na na nana, alright
Na na na na nana

She belongs to me
- Kocham cię, wariacie! – rzuciłam mu się w ramiona, gdy skończył piosenkę.
- Ja ciebie bardziej! – odpowiedział i zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć złączył nasze usta w cudownym pocałunku.
***
Mam nadzieję, że Ci się podobało! (pisałam jeszcze dzisiaj na szybko) xD
P.S. Imagin zainspirowany pisenką "Steal My Girl" TAAADAAAMMM!!! :D

środa, 17 września 2014

#85 Louis cz.3



Rozmawialiśmy do późna , ale trzeba było się w końcu położyć. Jutro czeka nas dzień pełen wrażeń. Niall poszedł do siebie, a mama zaoferowała, że zamieszka u mnie, dopóki nie nauczę się zajmować Noemi. Spadła mi z nieba, bo właśnie tego potrzebowałem. Przygotowałem jej łóżko w pokoju, który zawsze stał pusty, a potem „uzdatniłem” swoje, tak, by Noemi mogła spać obok. Przysunąłem je do ściany i obłożyłem połowę kocami,  żeby mała przypadkiem nie spadła. Przygotowałem w kuchni butelkę gotową do podania w razie potrzeby i wziąłem prysznic. Dziwnie się czułem, nie mając dziewczynki na oku. Kto by pomyślał, że po kilku godzinach potrafię się tak przywiązać. Zacząłem rozmyślać nad tym, co zmieni się w moim życiu z związku z dzieckiem. Pewnie dużo, ale nie można obawiać się zmian. Kto wie, czy nie będą one na lepsze?

Następnego dnia

Usłyszałem w oddali płacz i leżąc na łóżku półprzytomny, ciężko myślałem nad tym, czy on mi się śni. Oczywiście nastąpił (zwykły u mnie) spóźniony zapłon i dopiero po dłuższym czasie rozmyślania nad źródłem dźwięku doszedłem do wniosku, że to Noemi. Oderwałem się od poduszki jak poparzony i wyszukałem niemowlę w stercie koców. Że też tak dużo ich nawaliłem na to łóżko... Wziąłem na ręce moją księżniczkę i poszedłem do kuchni po butelkę. Po dwóch minutach spokojne dziecko piło swoje śniadanie, o ile można to było nazwać tym posiłkiem. Na dworze było jeszcze ciemno, a zegarek wskazywał trzecią nad ranem.

- Wiesz o której mnie obudziłaś? – zacząłem mówić delikatnie. – Jest bardzo wcześnie rano i normalni ludzie o tej porze śpią. Ty też powinnaś spróbowaaaaać – ziewnąłem przeciągle.  Rozsiadłem się na kanapie i wsłuchiwałem w miarowe bicie serca maluszka. Zacząłem zastanawiać się nad tym czy Noemi nie jest chora albo czy nie ma jakiś wad związanych z narodzinami poza szpitalem, bez specjalistycznej opieki. Szczerze wątpię, że jej matka się tam stawiła. Nie puściliby jej po 2 dniach, a wersja z ucieczką też nie wchodziła w grę, chociaż… nie, na pewno nie. Jestem prawie pewny, że Noemi nie miała jeszcze nic wspólnego z państwową opieką zdrowotną, co zapewne łączy się też z tym, że według prawa ona nie istnieje. Jej mama zapewne nie biegała z nią po urzędach, raczej ich unikała, chowała się. Ale ja nie mogę jej ukrywać. Nie ma takiej opcji. Jestem jak na świeczniku i wszystko musi być zapięte na ostatni guzik. Każdy jeden papierek będzie się musiał zgadzać. Trochę to potrwa, ale skoro moja mama wierzy, że się uda, to tak będzie.

- Zawalczę o ciebie, księżniczko. – zwróciłem się szeptem do dziewczynki.

Nie wiem jak mogłem jeszcze kilka godzin temu chcieć ją oddać. Teraz wiem, że gdybym to zrobił, to już zawsze zastanawiałbym się co ona robi, czy sobie radzi, czy ma przyjaciół, czy znalazła mamę, czy miałaby lepiej ze mną? Jestem pewny swojej decyzji, bo ona, pojawiając się raz w moim życiu, już na zawsze w nim pozostanie. Nawet, jeśli uda się odnaleźć jej mamę. Nie zapomnę o Noemi.

Czuwałem przy niemowlęciu aż do rana. W tym czasie przemyślałem miliony spraw. Jestem zadowolony ze swoich decyzji i nie dopuszczę do tego, by coś poszło nie tak. Ahhh… i muszę koniecznie porozmawiać z chłopakami z zespołu. Wyjaśnić im wszystko i przeorganizować plan naszej dalszej pracy. Ten dotychczasowy odpada. Muszę mieć więcej czasu na zajęcie się Nem.

- Louis, nie  śpisz, kochanie? – usłyszałem za sobą zmartwionej mamy.

- Hej, nie. Mała wcześnie wstała. – uśmiechnąłem się.

- Teraz chyba będziesz wcześniej się kładł i wcześniej wstawał. I pomyśleć, że to nie ja cię do tego zmuszę. – zaśmiała się.

- Tak, masz rację. Ale ciebie też słucham. – dodałem.

- Oczywiście, nie mówię, że nie. Tylko w tej kwestii nigdy nie dochodziliśmy do porozumienia, Lou. – położyła mi rękę na ramieniu. – Wiesz, bardzo cię kocham. Wyrosłeś na dobrego, mądrego człowieka. – wyznała.

- Ehh… do takiego to mi jeszcze dużo brakuje, ale miło z twojej strony. – westchnąłem. – I ja też cię kocham, mamo.

- W tym wypadku też mnie nie słuchasz. – zaśmiała się i poczochrała moje włosy.

Postanowiliśmy, że zaraz po śniadaniu pojedziemy załatwić coś w sprawie Noemi. Muszę to jak najszybciej rozwiązać. Zadzwoniłem do reszty zespołu i poprosiłem o kilkudniową przerwę. Nie powiedziałem jaki jest powód, za dużo opowiadania. Dowiedzą się jak wszystko rozwiążę, albo jak Niall im wygada. W sumie, wszystko jedno.

Jeszcze przed udaniem się do urzędów, mama i ja poszliśmy do sklepu po parę rzeczy dla dziecka. Nie miałem pojęcia, że taka mała istota potrzebuje tak dużo. Oczywiście na razie kupiliśmy same podstawowe przybory jak chociażby pampersy. W końcu nie mam żadnej gwarancji, że dziewczynka zostanie ze mną.

Kilka godzin później

- Louis, Lou! Czekaj! – wołała za mną mama. – To jeszcze nie jest przesądzone! Jeszcze masz szansę! – nie dawała za wygraną.

- Jaką szansę?! – zatrzymałem się gwałtownie kilkaset metrów od budynku policji. – Sama przecież słyszałaś co powiedzieli. – starałem się nie krzyczeć. W każdej chwili ktoś mógł mnie tu rozpoznać.

- Tak, ale nie wykluczyli możliwości, że mógłbyś się nią zająć. – dogoniła mnie i stanęła naprzeciwko.

- Mamo, to nie ma sensu… - powiedziałem zrezygnowany.

- Ty naprawdę chcesz się poddać bez walki? Przecież zależy ci na Noemi! – kontynuowała.

- Jak na nikim innym… - powiedziałem pod nosem. Jednak taka była prawda, tylko ona się dla mnie w tym momencie liczyła.

- Widzisz! Lou, dasz radę udowodnić im, że to najlepsze rozwiązanie dla Nem. Pomożemy ci, synku. – przytuliła mnie mocno.

Byłem tak bardzo zdołowany decyzją policji i urzędu. Rozumem, że muszą wyjaśnić sprawę zaginięcia matki i wszystkie zaistniałe problemy z dzieckiem, takie jak zarejestrowanie go. Mam wrażenie, że traktują Noemi jak samochód, zwykłą rzecz, którą można przekazywać z rąk do rąk. Boję się, że takie ciągłe zmiany otoczenia źle na nią wpłyną. W dodatku dochodzi jeszcze fakt, iż proces adopcyjny w najlepszym wypadku trwa 9 miesięcy. A w obecnej sytuacji może trwać jeszcze dłużej. Czasem mam wrażenie, że prawo w naszym kraju nie jest przystosowane do możliwości ludzi. Jednak jakie to by nie było trudne – zawalczę o Noemi.

Wróciliśmy do domu i zrezygnowani usiedliśmy w salonie. Niall nie był pocieszony widząc brak niemowlęcia na naszych rękach. Przyniósł nam herbatę i dosiadł się do nas w milczeniu.

- Może zadzwonić po chłopaków, żeby przyszli? – nie wytrzymał blondyn. Widziałem, że chciał pomóc mi się oderwać, ale zapraszając przyjaciół będę musiał od nowa wszystko im tłumaczyć i jednocześnie przypominać sobie.

- Niall, nie wydaje mi się to dobrym pomysłem. – zacząłem. – Nie mam siły o tym rozmawiać. – spojrzałem smutno na przyjaciela. – Ale dzięki, że starasz się jakoś mnie rozerwać. – uśmiechnąłem się blado.

- Moim zdaniem to ta sprawa powinna zostać nagłośniona. Wtedy ludzie zewsząd nalegaliby, żebyś dostał prawo do opieki nad Noemi. Sam wiesz jak władza ulega tłumowi. A w dodatku jesteś sławny na całym świecie. Co jak co, ale chyba każdy chciałby należeć do twojej rodziny, a już w ogóle być twoim dzieckiem. – rozgadał się. Na początku jego paplanina wydawała mi się bez sensu, ale teraz jak tak o tym myślę, to on faktycznie ma rację.

- To nie jest głupi pomysł. – odezwała się po raz pierwszy moja mama. Ona też bardzo przeżywa sprawę Nem. – Mogę się przez przypadek wygadać. – zaśmiała się.

- Ahh… - westchnąłem. – wiecie co, na razie wolałbym jednak żeby to wszystko zostało w tajemnicy. Jeśli teraz rozpęta się burza wokół Nem, to nie pomoże mi to zbytnio w uporaniu się w spokoju z tą sprawą. – powiedziałem.

Muszę to wszystko przemyśleć i dokładnie przeanalizować każdy mały punkt w prawie, które dotyczy adopcji. Przygotuję się najlepiej jak tylko będę mógł na zajmowanie się dzieckiem i udowodnię tym wszystkim urzędom, że naprawdę zależy mi na Noemi. Choćbym nie wiem jak dużo miał na to poświecić czasu, zrobię to, dla niej.

3 tygodnie później

- Ale pan nie rozumie! Dlaczego ona ma siedzieć w jakimś domu dziecka, kiedy ma możliwość życia i rozwijania się w normalnym domu. – traciłem cierpliwość. Czy ci urzędnicy mają choć odrobinę serca?

- Nie, to pan nie rozumie! – podniósł głos. – To wszystko nie jest takie proste. W dodatku jest pan sam, a to zupełnie inna sytuacja. – chwyciłem się za twarz, by trochę się uspokoić.

- Dobra, załatwiajcie co tam trzeba, byle jak najszybciej, a teraz chciałbym ją zobaczyć. – powiedziałem jak najspokojniej się dało.

- Proszę pana, czy ja wyglądam panu na Św. Mikołaja?! To nie koncert życzeń, tylko ośrodek adopcyjny! – bezczelny! Jak tak można?! On Św. Mikołajem, w życiu! Nic już od niego nie chcę!

- Z pewnością nie jest pan Św. Mikołajem, ani żadnym innym świętym, bo on spełniał marzenia dzieci, a pan je rujnuje! Chyba się minąłeś z powołaniem, kolego! Żegnam! – wyrzuciłem z siebie i wyszedłem.

Pfff… nie będzie mi jakiś bęcwał mówił, czy mogę się zobaczyć z Nemi czy nie! Ale muszę wymyślić coś innego… Mam!

- Jestem genialny! – krzyknąłem, po czym zorientowałem się, że dość dużo ludzi patrzy na mnie jak na jakiegoś idiotę. Uśmiechnąłem się niewinnie i szybko ruszyłem do domu, by podzielić się swoim pomysłem z resztą zespołu.

Zwołałem spotkanie i po pół godzinie wszyscy siedzieli już na kanapach.

- No, to co to za sprawa, że nas zwołałeś? – zapytał pogodnie Zayn.

- Tak więc, wiecie w jakiej sytuacji jestem. – zacząłem, nalewając każdemu coli do szklanki. – W drodze do domu wpadłem na świetny sposób, który umożliwi nie tylko mi, ale i wam poznanie Noemi. – mówiłem podekscytowany. – wiecie o czym mówię?

- Nieee… może jaśniej? – odezwał się Harry.

Rozejrzałem się po twarzach reszty. Nic?! Żadnego pomysłu? Co za tępi ludzie!

- Ahhh… ok. Sam wam powiem.
***
 Cześć!
Nareszcie, udało się! Trzecia część nadeszła w bardzo zwolnionym tempie za co bardzo bardzo ale to bardzo przepraszam! W dodatku jest kiepska, za co też przepraszam. Ostatnio nie mam weny i czasu na pisanie. W ogóle! Wszystko odkładam na weekend, bo w tygodniu nie zdążam, a jak już nadejdą te długo wyczekiwane dwa dni wolnego to zawsze znajdzie się coś "ważniejszego" do roboty. Gdybym tylko miała wpływ na to co robię w weekend, ale zazwyczaj (zawsze) są to nakazy odgórne, więc nie mam za dużo do gadania.
Dobra, ja się wyżaliłam, teraz Wy. Jak tam nowa szkoła/klasa? Radzicie sobie jakoś? Macie dobrych przyjaciół/ki? Nie wiem jak Wy, ale ja uważam, że to najważniejszy czynnik, który wpływa na dobre samopoczucie w szkole. Ja poznałam trzy fajne dziewczyny w nowej klasie, ale mam problem z moją (chyba) najlepszą przyjaciółką. Nie powiem o co dokładnie chodzi (niektórzy zainteresowani wiedzą), ale to co w związku z nią czuje to ból. Uczucie, które ciągle wbija szpilki w moje serce i nasuwa pytanie - czy to naprawdę jest przyjaźń? Z całego serca nie życzę Wam, by wasza najlepsza koleżanka Was skrzywdziła, bo to boli jeszcze bardziej, niż jakby to była zwykła osoba z naszego otoczenia.
Chciałabym jeszcze przeprosić dziewczyny, na których blogi ostatnio nie wchodzę i nie komentuję. Jest mi bardzo głupio i chciałabym byście wiedziały, że naprawdę marzę o tym by zatopić się w lekturze Waszych opowiadań i imaginów (a nie "Króla Edypa" -,-)
Mam nadzieję, że mi wybaczycie wszystkie moje niedociągnięcia. 
O komentarze nawet nie proszę, bo nie zasłużyłam, więc poproszę o coś innego. Czy możecie dołączyć się do modlitwy za chrześcijan prześladowanych w Iraku? Ja osobiście wierzę, że te modlitwy nie są bezcelowe i nasz najwspanialszy Bóg wysłuchuje każdej, nawet najkrótszej.
Pozdrawiam Was serdecznie, trzymajcie się tam,
Ania