środa, 17 września 2014

#85 Louis cz.3



Rozmawialiśmy do późna , ale trzeba było się w końcu położyć. Jutro czeka nas dzień pełen wrażeń. Niall poszedł do siebie, a mama zaoferowała, że zamieszka u mnie, dopóki nie nauczę się zajmować Noemi. Spadła mi z nieba, bo właśnie tego potrzebowałem. Przygotowałem jej łóżko w pokoju, który zawsze stał pusty, a potem „uzdatniłem” swoje, tak, by Noemi mogła spać obok. Przysunąłem je do ściany i obłożyłem połowę kocami,  żeby mała przypadkiem nie spadła. Przygotowałem w kuchni butelkę gotową do podania w razie potrzeby i wziąłem prysznic. Dziwnie się czułem, nie mając dziewczynki na oku. Kto by pomyślał, że po kilku godzinach potrafię się tak przywiązać. Zacząłem rozmyślać nad tym, co zmieni się w moim życiu z związku z dzieckiem. Pewnie dużo, ale nie można obawiać się zmian. Kto wie, czy nie będą one na lepsze?

Następnego dnia

Usłyszałem w oddali płacz i leżąc na łóżku półprzytomny, ciężko myślałem nad tym, czy on mi się śni. Oczywiście nastąpił (zwykły u mnie) spóźniony zapłon i dopiero po dłuższym czasie rozmyślania nad źródłem dźwięku doszedłem do wniosku, że to Noemi. Oderwałem się od poduszki jak poparzony i wyszukałem niemowlę w stercie koców. Że też tak dużo ich nawaliłem na to łóżko... Wziąłem na ręce moją księżniczkę i poszedłem do kuchni po butelkę. Po dwóch minutach spokojne dziecko piło swoje śniadanie, o ile można to było nazwać tym posiłkiem. Na dworze było jeszcze ciemno, a zegarek wskazywał trzecią nad ranem.

- Wiesz o której mnie obudziłaś? – zacząłem mówić delikatnie. – Jest bardzo wcześnie rano i normalni ludzie o tej porze śpią. Ty też powinnaś spróbowaaaaać – ziewnąłem przeciągle.  Rozsiadłem się na kanapie i wsłuchiwałem w miarowe bicie serca maluszka. Zacząłem zastanawiać się nad tym czy Noemi nie jest chora albo czy nie ma jakiś wad związanych z narodzinami poza szpitalem, bez specjalistycznej opieki. Szczerze wątpię, że jej matka się tam stawiła. Nie puściliby jej po 2 dniach, a wersja z ucieczką też nie wchodziła w grę, chociaż… nie, na pewno nie. Jestem prawie pewny, że Noemi nie miała jeszcze nic wspólnego z państwową opieką zdrowotną, co zapewne łączy się też z tym, że według prawa ona nie istnieje. Jej mama zapewne nie biegała z nią po urzędach, raczej ich unikała, chowała się. Ale ja nie mogę jej ukrywać. Nie ma takiej opcji. Jestem jak na świeczniku i wszystko musi być zapięte na ostatni guzik. Każdy jeden papierek będzie się musiał zgadzać. Trochę to potrwa, ale skoro moja mama wierzy, że się uda, to tak będzie.

- Zawalczę o ciebie, księżniczko. – zwróciłem się szeptem do dziewczynki.

Nie wiem jak mogłem jeszcze kilka godzin temu chcieć ją oddać. Teraz wiem, że gdybym to zrobił, to już zawsze zastanawiałbym się co ona robi, czy sobie radzi, czy ma przyjaciół, czy znalazła mamę, czy miałaby lepiej ze mną? Jestem pewny swojej decyzji, bo ona, pojawiając się raz w moim życiu, już na zawsze w nim pozostanie. Nawet, jeśli uda się odnaleźć jej mamę. Nie zapomnę o Noemi.

Czuwałem przy niemowlęciu aż do rana. W tym czasie przemyślałem miliony spraw. Jestem zadowolony ze swoich decyzji i nie dopuszczę do tego, by coś poszło nie tak. Ahhh… i muszę koniecznie porozmawiać z chłopakami z zespołu. Wyjaśnić im wszystko i przeorganizować plan naszej dalszej pracy. Ten dotychczasowy odpada. Muszę mieć więcej czasu na zajęcie się Nem.

- Louis, nie  śpisz, kochanie? – usłyszałem za sobą zmartwionej mamy.

- Hej, nie. Mała wcześnie wstała. – uśmiechnąłem się.

- Teraz chyba będziesz wcześniej się kładł i wcześniej wstawał. I pomyśleć, że to nie ja cię do tego zmuszę. – zaśmiała się.

- Tak, masz rację. Ale ciebie też słucham. – dodałem.

- Oczywiście, nie mówię, że nie. Tylko w tej kwestii nigdy nie dochodziliśmy do porozumienia, Lou. – położyła mi rękę na ramieniu. – Wiesz, bardzo cię kocham. Wyrosłeś na dobrego, mądrego człowieka. – wyznała.

- Ehh… do takiego to mi jeszcze dużo brakuje, ale miło z twojej strony. – westchnąłem. – I ja też cię kocham, mamo.

- W tym wypadku też mnie nie słuchasz. – zaśmiała się i poczochrała moje włosy.

Postanowiliśmy, że zaraz po śniadaniu pojedziemy załatwić coś w sprawie Noemi. Muszę to jak najszybciej rozwiązać. Zadzwoniłem do reszty zespołu i poprosiłem o kilkudniową przerwę. Nie powiedziałem jaki jest powód, za dużo opowiadania. Dowiedzą się jak wszystko rozwiążę, albo jak Niall im wygada. W sumie, wszystko jedno.

Jeszcze przed udaniem się do urzędów, mama i ja poszliśmy do sklepu po parę rzeczy dla dziecka. Nie miałem pojęcia, że taka mała istota potrzebuje tak dużo. Oczywiście na razie kupiliśmy same podstawowe przybory jak chociażby pampersy. W końcu nie mam żadnej gwarancji, że dziewczynka zostanie ze mną.

Kilka godzin później

- Louis, Lou! Czekaj! – wołała za mną mama. – To jeszcze nie jest przesądzone! Jeszcze masz szansę! – nie dawała za wygraną.

- Jaką szansę?! – zatrzymałem się gwałtownie kilkaset metrów od budynku policji. – Sama przecież słyszałaś co powiedzieli. – starałem się nie krzyczeć. W każdej chwili ktoś mógł mnie tu rozpoznać.

- Tak, ale nie wykluczyli możliwości, że mógłbyś się nią zająć. – dogoniła mnie i stanęła naprzeciwko.

- Mamo, to nie ma sensu… - powiedziałem zrezygnowany.

- Ty naprawdę chcesz się poddać bez walki? Przecież zależy ci na Noemi! – kontynuowała.

- Jak na nikim innym… - powiedziałem pod nosem. Jednak taka była prawda, tylko ona się dla mnie w tym momencie liczyła.

- Widzisz! Lou, dasz radę udowodnić im, że to najlepsze rozwiązanie dla Nem. Pomożemy ci, synku. – przytuliła mnie mocno.

Byłem tak bardzo zdołowany decyzją policji i urzędu. Rozumem, że muszą wyjaśnić sprawę zaginięcia matki i wszystkie zaistniałe problemy z dzieckiem, takie jak zarejestrowanie go. Mam wrażenie, że traktują Noemi jak samochód, zwykłą rzecz, którą można przekazywać z rąk do rąk. Boję się, że takie ciągłe zmiany otoczenia źle na nią wpłyną. W dodatku dochodzi jeszcze fakt, iż proces adopcyjny w najlepszym wypadku trwa 9 miesięcy. A w obecnej sytuacji może trwać jeszcze dłużej. Czasem mam wrażenie, że prawo w naszym kraju nie jest przystosowane do możliwości ludzi. Jednak jakie to by nie było trudne – zawalczę o Noemi.

Wróciliśmy do domu i zrezygnowani usiedliśmy w salonie. Niall nie był pocieszony widząc brak niemowlęcia na naszych rękach. Przyniósł nam herbatę i dosiadł się do nas w milczeniu.

- Może zadzwonić po chłopaków, żeby przyszli? – nie wytrzymał blondyn. Widziałem, że chciał pomóc mi się oderwać, ale zapraszając przyjaciół będę musiał od nowa wszystko im tłumaczyć i jednocześnie przypominać sobie.

- Niall, nie wydaje mi się to dobrym pomysłem. – zacząłem. – Nie mam siły o tym rozmawiać. – spojrzałem smutno na przyjaciela. – Ale dzięki, że starasz się jakoś mnie rozerwać. – uśmiechnąłem się blado.

- Moim zdaniem to ta sprawa powinna zostać nagłośniona. Wtedy ludzie zewsząd nalegaliby, żebyś dostał prawo do opieki nad Noemi. Sam wiesz jak władza ulega tłumowi. A w dodatku jesteś sławny na całym świecie. Co jak co, ale chyba każdy chciałby należeć do twojej rodziny, a już w ogóle być twoim dzieckiem. – rozgadał się. Na początku jego paplanina wydawała mi się bez sensu, ale teraz jak tak o tym myślę, to on faktycznie ma rację.

- To nie jest głupi pomysł. – odezwała się po raz pierwszy moja mama. Ona też bardzo przeżywa sprawę Nem. – Mogę się przez przypadek wygadać. – zaśmiała się.

- Ahh… - westchnąłem. – wiecie co, na razie wolałbym jednak żeby to wszystko zostało w tajemnicy. Jeśli teraz rozpęta się burza wokół Nem, to nie pomoże mi to zbytnio w uporaniu się w spokoju z tą sprawą. – powiedziałem.

Muszę to wszystko przemyśleć i dokładnie przeanalizować każdy mały punkt w prawie, które dotyczy adopcji. Przygotuję się najlepiej jak tylko będę mógł na zajmowanie się dzieckiem i udowodnię tym wszystkim urzędom, że naprawdę zależy mi na Noemi. Choćbym nie wiem jak dużo miał na to poświecić czasu, zrobię to, dla niej.

3 tygodnie później

- Ale pan nie rozumie! Dlaczego ona ma siedzieć w jakimś domu dziecka, kiedy ma możliwość życia i rozwijania się w normalnym domu. – traciłem cierpliwość. Czy ci urzędnicy mają choć odrobinę serca?

- Nie, to pan nie rozumie! – podniósł głos. – To wszystko nie jest takie proste. W dodatku jest pan sam, a to zupełnie inna sytuacja. – chwyciłem się za twarz, by trochę się uspokoić.

- Dobra, załatwiajcie co tam trzeba, byle jak najszybciej, a teraz chciałbym ją zobaczyć. – powiedziałem jak najspokojniej się dało.

- Proszę pana, czy ja wyglądam panu na Św. Mikołaja?! To nie koncert życzeń, tylko ośrodek adopcyjny! – bezczelny! Jak tak można?! On Św. Mikołajem, w życiu! Nic już od niego nie chcę!

- Z pewnością nie jest pan Św. Mikołajem, ani żadnym innym świętym, bo on spełniał marzenia dzieci, a pan je rujnuje! Chyba się minąłeś z powołaniem, kolego! Żegnam! – wyrzuciłem z siebie i wyszedłem.

Pfff… nie będzie mi jakiś bęcwał mówił, czy mogę się zobaczyć z Nemi czy nie! Ale muszę wymyślić coś innego… Mam!

- Jestem genialny! – krzyknąłem, po czym zorientowałem się, że dość dużo ludzi patrzy na mnie jak na jakiegoś idiotę. Uśmiechnąłem się niewinnie i szybko ruszyłem do domu, by podzielić się swoim pomysłem z resztą zespołu.

Zwołałem spotkanie i po pół godzinie wszyscy siedzieli już na kanapach.

- No, to co to za sprawa, że nas zwołałeś? – zapytał pogodnie Zayn.

- Tak więc, wiecie w jakiej sytuacji jestem. – zacząłem, nalewając każdemu coli do szklanki. – W drodze do domu wpadłem na świetny sposób, który umożliwi nie tylko mi, ale i wam poznanie Noemi. – mówiłem podekscytowany. – wiecie o czym mówię?

- Nieee… może jaśniej? – odezwał się Harry.

Rozejrzałem się po twarzach reszty. Nic?! Żadnego pomysłu? Co za tępi ludzie!

- Ahhh… ok. Sam wam powiem.
***
 Cześć!
Nareszcie, udało się! Trzecia część nadeszła w bardzo zwolnionym tempie za co bardzo bardzo ale to bardzo przepraszam! W dodatku jest kiepska, za co też przepraszam. Ostatnio nie mam weny i czasu na pisanie. W ogóle! Wszystko odkładam na weekend, bo w tygodniu nie zdążam, a jak już nadejdą te długo wyczekiwane dwa dni wolnego to zawsze znajdzie się coś "ważniejszego" do roboty. Gdybym tylko miała wpływ na to co robię w weekend, ale zazwyczaj (zawsze) są to nakazy odgórne, więc nie mam za dużo do gadania.
Dobra, ja się wyżaliłam, teraz Wy. Jak tam nowa szkoła/klasa? Radzicie sobie jakoś? Macie dobrych przyjaciół/ki? Nie wiem jak Wy, ale ja uważam, że to najważniejszy czynnik, który wpływa na dobre samopoczucie w szkole. Ja poznałam trzy fajne dziewczyny w nowej klasie, ale mam problem z moją (chyba) najlepszą przyjaciółką. Nie powiem o co dokładnie chodzi (niektórzy zainteresowani wiedzą), ale to co w związku z nią czuje to ból. Uczucie, które ciągle wbija szpilki w moje serce i nasuwa pytanie - czy to naprawdę jest przyjaźń? Z całego serca nie życzę Wam, by wasza najlepsza koleżanka Was skrzywdziła, bo to boli jeszcze bardziej, niż jakby to była zwykła osoba z naszego otoczenia.
Chciałabym jeszcze przeprosić dziewczyny, na których blogi ostatnio nie wchodzę i nie komentuję. Jest mi bardzo głupio i chciałabym byście wiedziały, że naprawdę marzę o tym by zatopić się w lekturze Waszych opowiadań i imaginów (a nie "Króla Edypa" -,-)
Mam nadzieję, że mi wybaczycie wszystkie moje niedociągnięcia. 
O komentarze nawet nie proszę, bo nie zasłużyłam, więc poproszę o coś innego. Czy możecie dołączyć się do modlitwy za chrześcijan prześladowanych w Iraku? Ja osobiście wierzę, że te modlitwy nie są bezcelowe i nasz najwspanialszy Bóg wysłuchuje każdej, nawet najkrótszej.
Pozdrawiam Was serdecznie, trzymajcie się tam,
Ania

piątek, 15 sierpnia 2014

#84 Bezludna Wyspa cz. 6

Bezludna Wyspa cz. 6

- Kochanie? [T.I.]? Ona się chyba budzi! - do moich uszu dobiegł czyjś głos. Czułam, że ktoś trzyma mocno moją rękę. Nie chciało mi się otwierać oczu, tak dobrze mi się spało...
- Proszę pani? Słyszy mnie pani? - teraz przemówił inny głos. Zmusiłam się do otworzenia oczu. Były trochę sklejone. Mocne światło mnie nieco oślepiło, ale po chwili przyzwyczaiłam się do niego. Nade mną stały trzy osoby. Za rękę trzymała mnie mama, była cała zapłakana. Po drugiej stronie łóżka stał tata, a obok jakiś mężczyzna w białym fartuchu.
- Jak się czujesz? - mama od razu zadała mi to pytanie, na co lekarz skarcił ją wzrokiem.
- Proszę pani, jak się pani czuje? - przemówił. Chciałam odpowiedzieć, ale z moim ust wydobył się bliżej nie określony dźwięk.
- Chce pani wody? - zapytał podając mi szklankę z czerwoną słomką. Pokiwałam głową. Chłodna ciecz ocuciła mnie. W gardle nie było już tak wielkiej guli i nie miałam sucho w ustach.
- Dziękuję. - powiedziałam. Tak, było zdecydowanie lepiej.
- Kochanie, tak się martwiliśmy! Nie! Umieraliśmy ze strachu! Tak się bałam, że cię straciłam... - mama zaczęła płakać i mocno mnie przytuliła. Zaraz dołączył się też tata.
- Jest w porządku. - spróbowałam ich uspokoić.
- Pani [T.I.], muszę panią poinformować o skutkach operacji, którą pani przeszła. - przerwał ciszę lekarz, gdy tuliłam się do rodziców.
- Jakiej operacji? - zdziwiłam się.
- Miała pani bardzo groźne skaleczenie, w które wdało się zakażenie. Ponieważ pani była nieprzytomna i mogło być tylko gorzej, od razu operowaliśmy za zgodą pani rodziców.
Jak na zawołanie przypomniałam sobie o nodze. Nie czułam teraz tego potwornego bólu. W zasadzie... nic nie czułam. W ogóle nie czułam nogi!
- O matko... - wydukałam myśląc o najgorszym.
- Zabieg przeszedł pozytywnie. Mieliśmy problemy w czasie operacji, ale na szczęście jest wszystko w porządku.
- Pani serce zatrzymało się na parę sekund. - powiedział prosto z mostu, za co został ukarany groźnym spojrzeniem matki - Ale szybko przystąpiliśmy do masażu serca i udało nam się panią przywrócić. Reszta operacji przebiegła bez żadnych problemów.
Wow... Kolejny raz w tym tygodniu byłam jedną nogą po tamtej stronie! Hm, możliwe, że pobiłam jakieś rekordy.
- Cz-czyli co z moją nogą? - nie wiem, czy chcę słyszeć odpowiedź.
- Nie musieliśmy jej amputować. Zakażenie było naprawdę groźne, ale udało się. Najważniejsza jest teraz rehabilitacja. Przykro mi to mówić, ale na razie nie może pani chodzić. Ma pani kategoryczny zakaz.
- Na ile? - dopytywałam się.
- Jakieś dwa tygodnie. Aż rana się trochę  zagoi i zdejmiemy szwy.
- Kochanie, wszystko będzie dobrze. - mama mocniej ścisnęła moją rękę.
- Najważniejsze jest, że już jesteś z nami. Naprawdę jestem pod wrażeniem jak wykorzystałaś swoje umiejętności do przeżycia. Jestem z ciebie dumny. - tata również złapał mnie za rękę.
- Tak naprawdę byłoby ze mną bardzo kiepsko, gdyby nie... - dopiero sobie przypomniałam! O matko! - HARRY! O rany, co z nim?! Gdzie on jest?! Coś się stało?! O czym nie wiem?! Gdzie jest Harry?!
- Kto? - mama zrobiła zdziwioną minę.
- Harry! Mój Harry! - złapałam się za głowę w panice.
- Ten chłopak co przyjechał razem z panią z wyspy? Proszę się uspokoić, to może źle wpłynąć na pani zdrowie. - odezwał się lekarz.
- Tak! - przytaknęłam zniecierpliwiona. Gdzie on jest? Chcę go zobaczyć! Natychmiast!
- Rodzina zabrała go do prywatnego  szpitala.
- Co? Ale czemu? Coś nie tak z nim? - dopytywałam się.
- Z tego co wiem, to był struty jadem węża. Ale szybko wykryto truciznę, to działa tylko na jego korzyść. - powiedział.
- Gdzie jest ten szpital? - spytałam od razu. Pojadę tam. Nic mnie nie zatrzyma.
- W Londynie.
- ŻE GDZIE?! - no chyba, że liczba mil... Oh, z Manchesteru do Londynu jest jakieś pięć godzin drogi w najlepszym wypadku!
- Tamten szpital specjalizuje się w odtruwaniu, jego stan był dosyć poważny. Miał wielkie szczęście, że się pozbył większości jadu. Nadal nie wiem jak mu się to udało. Myślę, że będzie z nim w porządku, to naprawdę dobry szpital. A przy tym jaki drogi. - zaśmiał się przy ostatnim zdaniu - Cóż, bogatemu tylko lepiej.
Popatrzyłam na niego nic nie rozumiejąc. Wszystkie informacje wirowały w mojej głowie niczym tornado.
- No, to w końcu Harry Styles.
- Kto? - mój tata zupełnie nie wiedział o kogo chodzi.
- Harry Styles. Z One Direction. Moje córki uwielbiają ten zespół. - po raz kolejny zaśmiał się lekarz.
Harry. Styles. Z. One. Direction. I po raz pierwszy w życiu jestem na siebie zła za nie oglądanie telewizji czy siedzenie w internecie. O One Direction słyszałam, oczywiście. Trudno o nich nie słyszeć w UK. Ale nigdy im się specjalnie nie przyglądałam. Dla mnie całym światem są książki, uwielbiam czytać i to zajmuje mój praktycznie cały czas. Nie przepadam za tv. W internecie też nie przebywam za dużo. Laptopa używam raczej do odrabiania pracy domowej i zamawianiu więcej książek...
- Muszę iść, pacjenci czekają. Pielęgniarka przyjdzie by wykonać jeszcze badania kontrolne. - poinformował mnie doktor i opuścił salę.
- Jak się czujesz? - mama po raz kolejny zadała mi to pytanie.
- Okey, głowa mnie trochę boli. - wzruszyłam ramionami.
- Przynieść ci coś? Jesteś głodna? Chce ci się pić? A może coś na tą głowę? - zasypała mnie pytaniami.
- Kochanie, spokojnie. - tata położył mamie dłoń na ramieniu.
- Oh, tak się bałam. - mama się rozpłakała.
- Mamo, nie płacz, bo ja też będę płakać. - załkałam czując już łzy na policzkach. Wszyscy razem przytuliliśmy się mocno raz jeszcze.
- Państwo musicie już wyjść. Córka musi odpocząć przed badaniami. - pielęgniarka pojawiła się w pokoju.
- Dobrze, będziemy na korytarzu. - mama mocno ścisnęła mnie za rękę. Wyglądała na bardzo zmęczoną. Miała głębokie wory pod oczami i chyba nawet parę nowych zmarszczek, których nie pamiętam.
- Mamo, ty też musisz odpocząć. - powiedziałam jej gdy zaczęła wstawać. Znając ją, pewnie była cały czas w szpitalu, gdy byłam nieprzytomna.
- W torbie przy łóżku masz poduszkę, dodatkowy koc, jakąś książkę, telefon, słuchawki i parę innych rzeczy. - uśmiechnęła się i pocałowała mnie w policzek.
- Kochamy cię mocno, odpoczywaj. - tata pocałował mnie w czubek głowy. I wyszli machając mi jeszcze.
- Boli cię głowa? - pielęgniarka podeszła do pikającego urządzenia i zaczęła coś zapisywać w notesie.
- Tak. - przytaknęłam dotykając skroni jedną ręką.
- Podam ci coś przeciwbólowego. - uśmiechnęła się i zaczęła majstrować przy kroplówce. Gdy skończyła wyszła bez słowa. Zapowiada się naprawdę ciężki czas w moim życiu. Harry to Harry Styles. Czy z nim wszystko w porządku? Czy wyzdrowieje? Czy uda mi się z nim skontaktować? Czy... on nadal mnie lubi? Może tam, na wyspie, tak mówił tylko dlatego, że nie było nikogo innego?
Wow, mocny ten lek przeciwbólowy... Ostatnią rzeczą jaką widziałam zanim odpłynęłam była uśmiechnięta twarz chłopaka o kręconych włosach.

*****

- Dam radę sama. - powiedziałam tacie, gdy próbował pomóc mi z kulami. Usiadłam na łóżku w moim pokoju i odłożyłam kule na bok. Tata pożegnał się ze mną, bo musiał już wracać do pracy, urwał się tylko na chwilkę, by mnie przywieźć do domu. Niedowiary... To już cały miesiąc i dopiero teraz jestem po raz pierwszy w domu odkąd wróciłam do kraju. Cały miesiąc w szpitalu... Na dodatek te okropne kule… Ugh, ręce mnie już tak bolą od nich, że chyba bardziej od nogi. Dobrze, że szwy są już zdjęte i nie ma żadnych powikłań. Eh, jakoś nie mogę do końca się tym cieszyć. Przez cały okres bycia w szpitalu nie dostałam ani jednej wiadomości czy informacji o Harrym. W mojej sali telewizora nie było, a wi-fi było płatne. A do tego wychodzi na to, że nie będę mogła jeszcze chodzić co najmniej dwa tygodnie. To znaczy stawać na TEJ nodze.
- Kochanie? Chodź, przenieś się na kanapę do salonu, zgoda? Muszę się tobą nacieszyć. – mama uśmiechnęła się i pomogła mi wstać. Z niechęcią złapałam za kule i poczłapałam jakoś do pokoju obok tylko na zdrowej nodze. Położyłam się na kanapie, mama mnie szczelnie przykryła kocem i poprawiła poduszki, choć trzy razy mówiłam, że jest w porządku.
- Przyniosę ci coś do jedzenia, jesteś głodna? – zapytała od razu.
- Nie za bardzo… - skrzywiłam się. Jedzenie w szpitalu było okropne, ale nie mogłam nie jeść. Raz pielęgniarka siedziała przy mnie przez cały posiłek sprawdzając czy wszystko zjadłam. To było straszne…
- To może budyń?
- Czekoladowy! – ucieszyłam się szczerze. O matko, jak ja dawno budyniu nie jadłam! I to jeszcze mojej mamy… Ah!
- Ależ oczywiście. – rodzicielka puściła mi oczko i skierowała się do kuchni.
- Mamo! – zawołałam ją jeszcze – Czy mogłabyś mi włączyć telewizor? Nie sięgam do pilota…
- Jasne, skarbie. – podała mi szybko urządzenie i wyszła mamrocząc pod nosem: „Od kiedy ona ogląda telewizję?”. Nie czekając ani chwili odpaliłam sprzęt i znalazłam jakąś muzyczną stację. Niestety mówili tylko o nowym teledysku Taylor Swift, co mnie zupełnie nie obchodziło. Szukałam dalej. Na muzycznych i plotkarskich stacjach były tylko jakieś bzdety, nie to czego tak uporczywie szukałam. Zawiedziona przełączyłam na wiadomości. Czuję się jakby mnie ominęło parę lat, a nie tylko miesiąc. Tyle się dzieje na świecie…
Rozległ się dzwonek sygnalizujący czyjeś przybycie. Chwyciłam już za rąbek koca, ale od razu dobiegł mnie głos mamy:
- Siedź, nie ruszaj się! Ja otworzę. – i zniknęła w korytarzu. Pewnie tata zapomniał teczki albo jakichś dokumentów. Wsłuchałam się w głos reporterki, która mówiła o jakiejś kolejnej bombie w Afganistanie.
- [T. I.]? – ktoś wypowiedział niepewnie moje imię. Odwróciłam głowę i ujrzałam swoją mamę, a zaraz obok wysokiego chłopaka w kapturze i czarnych okularach.
- Masz gościa. – poinformowała mnie mama, jakbym jeszcze nie zajarzyła i opuściła pomieszczenie.
Chłopak zdjął okulary, a moim oczom ukazała się zieleń jego tęczówek.
- Tęskniłem. – powiedział i podszedł bliżej. Na moich ustach rozkwitł ogromny uśmiech. Mogłabym skakać ze szczęścia, gdyby nie to, że byłam przykuta do łóżka. Chłopak w ekspresowym tempie znalazł się obok i się pochylił składając na moich ustach na początku nieśmiały pocałunek, lecz gdy oddałam gest nieco się rozluźnił.
- Bałam się o ciebie. – wyszeptałam gdy oparł się czołem o moje i patrzyliśmy w swoje oczy.
- Ale teraz już wszystko będzie dobrze. Obiecuję. – przysiągł. A ja mu uwierzyłam.


-THE END-

_________________________________________________________________

Tadaaaam!

A ten rozdział jest wyjątkowy, bo pisany 9- 11 kilometrów nad ziemią!!!!!! :O

Jak?
.
.
Bo w samolocie xd

Jak się podoba? Może być takie zakończenie? :) Chętnie poczytam Wasze opinie w komentarzach, o które serdecznie Was proszę ;*

No, w końcu Nicol coś dodała. Mam wyrzuty sumienia, że Ania cały czas utrzymuje tego bloga... To znaczy, nie to, żebym miała coś przeciwko, ona świetnie sobie daje radę, prawda? Jasne, że tak, wszyscy ją kochamy ♥ Mam wyrzuty sumienia, że ja tak rzadko coś dodaję :/ No, ale cóż... Jakoś nie idzie mi pisanie takich pojedynczych imaginów :(
Mam za to pomysł na takie małe fanfiction, co Wy na to? Czy wolicie krótkie, imaginy? Od razu mówię, nie specjalizuję się w takich "normalnych" opowiadaniach xd Chyba wolę fantasy :D Ale ten pomysł jest w miarę normalny, chyba jest odzwierciedleniem moich marzeń i planów na przyszłość ;)
Jakbyście chcieli lub byli zainteresowani, to ja z chęcią zabiorę się za spisywanie tego pomysłu. Co myślicie? Tylko ostrzegam uprzedzam, że będzie miała trochę tych rozdziałów xd

No nic, przesyłam całuski! Mam nadzieję, że u Was wszystko w porządku :)

Nicol <3

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

WOAH 20 TYSIĘCY!!!

Wow, dziękujemy, dziękujemy, dziękujemy!

To już 20 tysięcy wyświetleń!
Nie wiem co powiedzieć, jak je zobaczyłam byłam jak:



A potem:



DZIĘKI DZIĘKI DZIĘKI DZIĘKI DZIĘKI DZIĘKI DZIĘKI DZIĘKI DZIĘKI DZIĘKI DZIĘKI DZIĘKI DZIĘKI DZIĘKI DZIĘKI DZIĘKI DZIĘKI DZIĘKI DZIĘKI DZIĘKI !!!!!

Jesteście najlepszymi czytelnikami na świecie, naprawdę bardzo dziękujemy!

Ania i Nicol <3


wtorek, 5 sierpnia 2014

#83 Louis cz.2



W mgnieniu oka znalazłem się na bardziej ruchliwej ulicy i wskoczyłem do taksówki stojącej na poboczu. Po drodze do domu przyglądałem się uważnie kruchej istocie leżącej na moich kolanach. Co teraz? Chyba powinienem odnaleźć jak najszybciej jej mamę. Jeśli zacznę poszukiwania od razu, to jest duże prawdopodobieństwo odnalezienia jej w krótkim czasie. Mała musi do niej wrócić.

***

Wszedłem do swojego mieszkania i położyłem śpiącą królewnę na kanapie. Wyprostowałem się i zacząłem głęboko zastanawiać się co ja mam robić z takim dzieciątkiem. Grzebałem w swojej głowie,  sięgając pamięcią do czasów, gdy miałem siostry w takim wieku, ale nic nie pamiętałem. Tylko gdzieniegdzie małe przebłyski pampersów i płaczu. O nie! Ona będzie płakać jak się obudzi! Przecież mnie nie zna! – w padłem w lekką panikę i obszedłem całą kuchnię w poszukiwaniu… nawet nie wiem czego. Z powrotem stanąłem nad niemowlakiem i chwyciłem się za głowę. Czemu to mnie trafiają się takie rzeczy?!  Dlaczego nie mogła tamtędy przechodzić pani z domu dziecka… właśnie! Tam ją oddam! Przynajmniej będzie miała odpowiednią opiekę. Klapnąłem na kanapę i odchyliłem głowę do tyłu. Niestety, mój ruch okazał się zbyt gwałtowny i już po chwili usłyszałem płacz. Zaczyna się…

***

- Ciii… nie płakuniaj… proszę!!! – od piętnastu minut próbuję uspokoić malucha, ale to na nic. Głowa mi już pęka, a sąsiedzi lada chwila przyjdą tu z taśmą klejącą. – O co ci chodzi? Jesteś głodna? – No tak! Pacnąłem się mentalnie w twarz. Że też wcześniej nie pomyślałem. Tylko co ona je? I jak ja mam się po to wybrać?

Długo myślałem, aż w końcu wpadłem na genialny pomysł – Niall! On mi pomoże!

- No, mała, nie płaczemy już. Zaraz zadzwonię do wujka Nialla i on ci przyniesie am am. – byłem z siebie taki dumny. W końcu wymyśliłem coś rozsądnego w sprawie tego dziecka.

- Hej Niall! Masz może chwilkę?

- Hej. No, tak. – odpowiedział. -  Lou, masz gości? – zapytał podejrzliwie.

- Nie, czemu pytasz? – udawałem zdziwienie.

- Bo gdzieś obok ciebie płacze dziecko. – nie dawał za wygraną.

- Ahh, no tak. Ja właśnie w tej sprawie… - nie wiedziałem jak mam mu to powiedzieć.

- Louis, w co tyś się wpakował? – brzmiał dość poważnie. Niall należy do ludzi, którzy od razu wiedzą, że coś jest nie tak.

- To długa historia… potem ci powiem. A teraz mam do ciebie olbrzymią prośbę. Czy mógłbyś kupić mi coś do jedzenia dla dwudniowego dziecka? – starałem się powiedzieć to naturalnie.

- Cooo?!  - zdołał jedynie powiedzieć.

- No… i jak byś mógł trochę szybciej, bo mi księżniczka zaraz wybuchnie… o matko, ale ona jest czerwona! – spojrzałem na rozpłakane niemowlę.

- Louis, nie wiem co kombinujesz, ale to się źle skończy.

- Nawet mi nie mów… serio wybuchnie?! – przeraziłem się.

- Coo?! Ty się dobrze czujesz?! – krzyknął.

- Ja?! To ona się drze jak opętana! – traciłem już cierpliwość.

- Dobra, nieważne. Zaraz będę. I weź zadzwoń po swoją mamę, bo coś czuję, że sami sobie nie damy rady… trzymaj tą swoją bombę. Na razie. – rozłączył się.

Mam w to mieszać mamę? W sumie jak nie ona, to kto ma mi pomóc? Przynajmniej ma doświadczenie…

- Noemi? Możesz odrobinę ciszej? Plisss… ja się nie umiem skupić w takim hałasie. – czułem się jakbym mówił do obrazu… a obraz… no właśnie… cały czas… się drze!

- Mamo? Przyjedziesz do mnie? – powiedziałem prosto z mostu, gdy tylko odebrała.

- Louiś? Co się stało, synuś? – ahh… tak za tym tęskniłem…

- Muszę zająć się dwudniowym dzieckiem. To taka nagła sytuacja i ja nie mam zielonego pojęcia jak. Pomożesz mi? – czułem jak głos mi się łamie.

- Oczywiście! Zaraz do ciebie przyjadę. Potrzebujesz czegoś? – zapytała zatroskana.

- Sam nie wiem. Jak przyjedziesz, to zobaczysz. – odpowiedziałem zrezygnowany.

- Dobrze. Już wychodzę. – w tym momencie usłyszałem jak drzwi mojego mieszkania się otwierają. Niall.

- Dzięki, jesteś kochana. – powiedziałem na koniec.

Odłożyłem telefon i z Noemi na rękach podszedłem do przyjaciela. Jego mina była bezcenna.

- Skąd je masz? – zapytał i pochylił się nad dzieciątkiem, uważnie mu się przyglądając.

- Opowiem ci wszystko jak ona się uspokoi. Masz to jedzenie? – naprawdę nie było sensu teraz to wszystko tłumaczyć.

- Tak, mam. Pani w aptece spojrzała na mnie jak na jakiegoś głąba, gdy o to spytałem, bo dzieci w takim wieku powinny być jeszcze w szpitalu z matką. A poza tym, one piją mleko. Nie mają na razie wygórowanych oczekiwań względem jadłospisu. – zaczął tłumaczyć. – Powiedziała mi jak to przygotować – pomachał mi przed twarzą pudełkiem z mlekiem w proszku – i dała butelkę. Kupiłem też smoczki, bo chyba ci się przydadzą.

- Dzięki, Niall. Jesteś niezastąpiony. – poczułem przypływ ulgi, mając już trochę większe pojęcie na ten temat.

- W to nie wątpię. – zaśmiał się. – Przygotuję butelkę. – ruszył w stronę kuchni.

- Pójdę z tobą, bo muszę się nauczyć. – podążyłem za nim.

5 minut później

- Gotowe! Teraz powinna się uspokoić. – Niall podał mi butelkę i razem usiedliśmy na kanapie.

- Pij mała. – powiedziałem delikatnie i przyłożyłem butelkę do dzieciątka.

Gdy zobaczyłem, że Noemi przyssała się do mleka, poczułem ogromną radość.

- Patrz, Niall, ona pije! – miałem wrażenie jakbym patrzył na ósmy cud świata.

- Widzę, widzę. – zaśmiał się pod nosem, równie ucieszony jak ja. – Zadzwoniłeś do mamy?

- Tak, już jedzie. – odprężyłem się.

To było takie cudowne, patrzeć jak malusieńkie dziecko leżące na moich rękach powoli zasypia, pijąc ciepłe mleko. W domu nastała cisza. Razem z Niallem przyglądaliśmy się tej kruszynce. Myślałem o jej matce i o tym co mi powiedziała. Musi upewnić się, że córka będzie bezpieczna… to znaczy, że ona ma kłopoty. Tylko jakie? Chyba nie z opieką nad dzieckiem, bo jestem w 100% pewny, że przed kimś uciekała. Czy oni ją dopadli? Chodziło im o dziecko, czy o nią? W jakim ona jest stanie? W prawdzie nie znam się na tym, ale 2 dni po porodzie chyba mało kto dobrze się czuje. Niestety, na żadne z tych pytań nie znam odpowiedzi i mam wrażenie, że szybko się nie dowiem.

***

Usłyszałem dzwonek do drzwi. Mama! Już chciałem się poderwać, ale Niall mnie zatrzymał.

- Siedź! Ja pójdę. Jeszcze ją obudzisz, i co wtedy? – no tak, miał rację.

W oddali usłyszałem jak przyjaciel wita mamę w przedpokoju. No, chodźcie tu już! – niecierpliwiłem się. To ja zawsze byłem pierwszy w drzwiach.

- Witaj, synku. – powiedziała po cichu moja anielica i pocałowała mnie w policzek.

- Hej, mamo. Dobrze, że jesteś.

- Jejku, jaka ona jest śliczna! – zachwyciła się i usiadła obok. – No, to teraz mów jak to się stało.

- Ahhh… to było tak. Wracałem po próbie jedną z tych ciemnych ponurych uliczek. W pewnym momencie podbiegła do mnie dziewczyna i dała mi Noemi, mówiąc, że mam się nią zaopiekować do czasu, aż ona upewni się, że dziewczynka będzie bezpieczna. Jedyne co o niej wiem to, że urodziła się przedwczoraj i ma na imię Noemi. Potem dziewczyna odbiegła. Uciekała przed kimś, bo słyszałem jak jakaś grupa za nią podąża. Ja też uciekłem z dzieckiem, bo stanie w tym miejscu nie było dobrym pomysłem, szczególnie, że chyba jej szukają. – popatrzałem na śpiące niemowlę.

- Dobrze zrobiłeś, Lou. – Niall poklepał mnie po ramieniu.

- Jutro trzeba pójść z nią do lekarza, a potem zgłosić to na policję. – powiedziała mama. Ona jedyna trzeźwo myślała.

- Masz rację. A poza tym ja nie mogę się nią zajmować. Nie mam na to czasu i w dodatku w ogóle nie znam się na dzieciach. Jeszcze jej się coś przeze mnie stanie. Muszę ją oddać do domu dziecka albo gdzieś indziej. – myślałem na głos.

- Louis, nawet o tym nie myśl. Przecież ona tam nie będzie szczęśliwa, a poza tym obiecałeś coś tej dziewczynie. – oburzyła się.

- To co ja mam zrobić? Przecież ja ciągle wyjeżdżam. Całe dnie spędzam w studiach, na próbach, albo na koncertach. To się nie uda. Wtedy dopiero będzie nieszczęśliwa! Co to za ojciec, który nie ma czasu dla dziecka?! – dopiero po chwili dotarło do mnie co powiedziałem. – To znaczy opiekun… - szybko sprostowałem. Chyba za bardzo się wczułem.

- Louis, proszę, nie gadaj głupot. Mówię ci, że dasz radę! Ja chyba najlepiej wiem do czego jesteś zdolny? – drążyła dalej.

- No, powiedzmy, że nawet dałbym sobie radę z opieką, ale co na to ludzie? Od razu będą gadać, że to moje dziecko i każdy wymyśli sobie inną teorię na to, skąd ono się u mnie wzięło. Potem prześledzą wszystkie dziewczyny z jakimi kiedykolwiek miałem do czynienia i będą robić wielkie dochodzenie. Nie, dziękuję. – myślałem realnie. Bo przecież dzieci nie biorą się z nikąd.

- Nie tym powinieneś sobie teraz zaprzątać głowę. A tak w ogóle, to od kiedy tak bardzo przejmujesz się opinią publiczną? – nie dawała za wygraną. Jednak miała rację. Najważniejsza jest w tym momencie Noemi i jej przyszłość, a przy mnie na pewno nic by jej nie groziło.

- To, co ja mam zrobić? – naprawdę nie wiedziałem.

- Ja na twoim miejscu zgłosiłabym całą sprawę na policję i niech szukają tej dziewczyny. Potem dałabym wniosek o adopcję Noemi. Na pewno ją dostaniesz. Wtedy mógłbyś z czystym sumieniem żyć z tym skarbem u boku. – popatrzała z miłością na dziewczynkę.

- Ahhh… chyba tak zrobię… - westchnąłem i popatrzałem na Nialla. Uśmiechał się od ucha do ucha.

Nastąpił moment ciszy, którą przerwał przyjaciel, mówiąc:

- No, to komu herbaty? – wstał z miejsca i rozejrzał się po nas.

- Poproszę. – odpowiedziała mama. Jej też humor dopisywał.

- Mi też zrób, jak możesz. – dodałem.

- Się robi! – zasalutował i ruszył do kuchni, stale podśpiewując: - Będę wujkiem, będę wujkiem… - Robił to specjalnie!
***
Dzień dobry, cześć i czołem! (pytacie, skąd się wziąłem?)
Dodaję tutaj dzisiaj drugą część Louisia.
U mnie super fajnie, idę spać na palmie.
Pytacie, jak to? Ja mówię: bo u mnie jeździ traktor.
Za głowę się łapiecie i ciągle się śmiejecie.
Ja mam frajdę wielką bo piszę jedną ręką.
Wymyślamy se rymy i dobrze się bawimy.
Idziemy na boisko, tam zrobimy disco! (i ognisko, bo jest blisko)
Koniec z żartowania, wyjaśniania czas się kłania.
TAAAADAAAMMM!!! 
Haha xD nie pytajcie, dlaczego to wymyśliłam i tu wstawiłam. (znowu rym -.- to przestaje być śmieszne, rymować już nie chcę!) Po prostu jestem trochę świrnięta (to przechodzi po świętach) :D Ale to takie fajne!
Mam pomysł! Niech każdy kto przeczyta ten wpis, wstawi komentarz w postaci rymu (może nie trzymać się kupy i nie mieć nic wspólnego z rozdziałem czy imaginem) ale będzie zabawa!!! Proszę, zróbcie to dla mnie! Bardzo chciałabym zobaczyć kto czyta moje wypociny i podziękować za wasz poświęcony na mnie czas. To dla mnie tak dużo znaczy! Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak każdy jeden komentarz na mnie działa. Potrafi nastawić mnie pozytywnie na caaałyyy dzień i chodzę potem taka dumna,  że pod moim postem są 3 komentarze :) cudowne uczucie <3 
Oczywiście jak nie umiecie nic wymyślić, to po prostu napiszcie co myślicie o imaginie (i moich walniętych pomysłach xD tak to jest jak się człowiekowi nudzi wieczorem...)
Tak więc, z niecierpliwością wyczekuję komentarzy i proszę, zaskoczcie mnie, jak wrócę za dwa tygodnie do domu :) to by było takie miłe z waszej strony <3
Do napisania,
Ania :D
p.s. Zapraszam na mojego drugiego bloga: Miłość cierpliwa jest gdzie również piszę opowiadanie. Może wam się spodoba?